Spadające gwiazdy w styczniu? Tak, to są Kwadrantydy. Oczywiście są one nieco trudniejsze do zaobserwowania niż nocny rój San Lorenzo: jest chłodniej i często pochmurno. Ale jeśli dobrze się zakryjesz i znajdziesz miejsce z dala od zanieczyszczenia światłem, jak ustronne miejsce w górach, możesz zobaczyć ten pokaz nawet gołym okiem.
Ale czym one właściwie są?
Chociaż powszechnie nazywamy je „spadającymi gwiazdami”, oczywiście nie mają one nic wspólnego z gwiazdami. W rzeczywistości są to pyły, które zapalają się w atmosferze, nigdy nie docierając do ziemi. Zwykle jest to pył pozostawiony przez jakąś kometę (spadające gwiazdy, które widzimy w sierpniu, to maleńkie pozostałości komety Swift-Tuttle). Z drugiej strony kwadrantydy wydają się pochodzić z asteroidy lub wymarłej komety. A kiedy Ziemia na swojej orbicie przechodzi przez chmurę pyłu i drobne szczątki, oto mamy ten fascynujący spektakl na niebie, to właściwie rój najbogatszych, jakie można zobaczyć.
Dlaczego nazywa się je kwadrantami?
Nazwa jest trochę dziwna. W rzeczywistości wywodzi się z Kwadrantu Murale, starożytnej konstelacji, która została wykluczona w 1928 roku z oficjalnej listy gwiazdozbiorów, niegdyś znajdującej się pomiędzy Wielkim Wozem, Smokiem i Łupem (Bifolco), skąd te meteory wydają się pochodzić, ale oczywiście jest to tylko wrażenie optyczne.

Kiedy je oglądać?
Szczyty będą się pojawiać między nocą z 3 na 4 stycznia i są szczególnie widoczne na niebie półkuli północnej. Aby je zlokalizować, musisz spojrzeć na północny wschód, w kierunku konstelacji Wolarza zaraz po północy i przed 4 rano.
W szczycie będzie widocznych 60-200 meteorów na godzinę, ale kulminacja roju potrwa tylko kilka godzin, nie więcej niż 6. Ta cecha odróżnia je od większości deszczów meteorów, których szczyt trwa dzień lub dwa.